Cmentarz. Taki mały, lokalny z pogranicza Bieszczad.
Nagrobki zrobione z domina, krzyże i pionowe płyty z zapałek i szpatułek kosmetycznych.
Płoty z patyków do lodów, patyczków do szaszłyków i pałeczek do sushi. Różne gabaryty dostępnego drewna spożywczo-kosmetycznego minimalizuje przycinanie. A wiemy że im większa różnorodność, tym lepszy efekt.
Jako bonus wydruk mnicha - znalazłem w worku z gruzem z drukarki, więc pasuje idealnie. Lepszy byłby anioł, ale nie było pod ręką.
Podstawka z tektury. Dwie warstwy posypane piachem, ale i tak się odkształciło. A ciężkie to jak pierun.
Malowane sprayem, czarna baza, na to brąz. Później gunmetal na płot (nie widać, ale tam jest) wszytko brąz washen i drybrush na jasno.
Kamienie: szary z marketu i rozjaśnienie drogimi kolorami z Vallejo.
Nie ma napisów na nagrobkach, bo gdzieś posiałem czarny cienkopis.
Mimo to, efekt bardzo przyzwoity.
Może kiedyś dobuduje do tego kapliczkę.